Strona:PL Zola - Nantas.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się oknem. Nieraz widywał stamtąd, poprzez liściasty gąszcz, na skręcie alei, młodą blondynkę słusznego wzrostu, jak przechadzała się dumnym krokiem księżniczki. Nantas nie był romansowym, spędziwszy na twardem borykaniu się z biedą wiek, w którym młodzi ludzie na poddaszach marzą o pannach z bogatego domu, przynoszących im serce, płonące bajeczną miłością i jeszcze bajeczniejsze wiano. Pomimo tego tak się jakoś złożyło w tej godzinie przedzgonnej, że mu się ni stąd ni zowąd przypomniała ta piękna, jasnowłosa panna, taka wyniosła. Jak ona się też mogła nazywać?... Wtem zacisnął kurczowo pięści, wszystko inne bowiem zamilkło w nim nagle wobec nienawiści, jaka go ogarnęła do bogatych mieszkańców pałacu, przez którego rozwarte okna widać było pełne poważnej wytworności urządzenie, — i szepnął w napadzie wściekłości:
— Och! sprzedałbym się!... sprzedałbym się bez namysłu temu, ktoby mi wyliczył sto sous na rachunek mojej przyszłej fortuny...
Chwilę zaprzątała go rozpaczliwa idea sprzedania się. Jeźliby istniał gdzieś lombard, w którymby pożyczano na zastaw energii i woli — poszedłby tam zastawić sam siebie. Przedstawił sobie w wyobraźni podobny handel: jakiś działacz polityczny przychodzi go wykupić, aby sobie zeń zrobić narzędzie — jakiś bankier go bierze, by mieć każdej chwili na swoje usługi jego inteligencyę; a on przystaje na wszystko, gardząc względami