Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
XVII.

Helena nie spała noc całą. Przewracała się rozgorączkowana, a jeżeli zmęczona, usypiała, po chwili zawsze ten sam niepokój budził ją nagle. W tym półśnie dręczyła ją wciąż jedna myśl: gdzie miało się odbyć spotkanie? Sądziła, że uspokoiłaby się, gdyby wiedziała o tem. Nie mogło to mieć miejsca w matem mieszkaniu Malignona, ulica Taibout, o którem nieraz była mowa u Deberle‘ów. A więc gdzie? gdzie? I pomimo woli ciągle męczyła sobie głowę nad tem i tą jedną zajęta myślą, o reszcie zapominała.
Kiedy dzień zaświtał, zaczęła się ubierać i głośno rzekła do siebie:
— To na jutro.
Obuła jedną nogę i opuściwszy ręce, zamyśliła się: może to będzie w jakim hotel garni, może w jakiem nieznanem mieszkaniu, najętem na miesiąc. Przypuszczenie to wydało się jej wstrętnem, wyobrażała sobie rozkoszne mieszkanie, z ciężkiem grubem obiciem, z kwiatami i wielkim ogniem na wszystkich kominkach. I już nie Julia i Malignon, ale ona sama i Henryk ukryci byli w tem rozkosznem schronieniu, gdzie żaden głos ze świata nie dochodził do nich. Zadrżała. Gdzież to było? gdzie?
— Dzień dobry, mateczko, zawołała, w tej chwili Joanna, budząc się z kolei.
Od czasu jak wyzdrowiała, znowu spała w gabinecie. Bosa i w koszuli tylko, przyszła jak każdego rana i rzuciła