Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cmentarzowi służy za ogrodzenie zwykły płot. Zarastają go krzaki jeżynowe i morwa, którą łobuzy wiejskie przychodzą objadać z jagód pod jesień. Zieleni się to niby ogród pośrodku nagich pól. W głębi rosną ogromne pożeczki, grusza wybujała niby dąb w jednym kącie, pośrodku cmentarza zaś krótka aleja lipowa rzuca przyjemny cień, w którego chłodzie starzy lubią latem palić fajkę. Słońce praży, koniki polne skaczą spłoszone, złote muchy latają dokoła z brzękiem wśród spieki. Cisza, zalegająca cmentarz, drga życiem, pulsującem w tej ziemi tłustej i w pąsowym soku polnych maków.
Złożono trumnę w pobliżu grobu. Chłopiec, niosący krzyż, utkwił go u nóg zmarłego, ksiądz tymczasem, stanąwszy w głowach, nie przestaje czytać na głos z książki. Cały jednakowoż interes obecnych skupia na sobie przedewszystkiem robota grabarza. Otoczywszy jamę kołem zwartem, z zajęciem śledzą każde poruszenie rydla. W chwili kiedy zwrócili oczy na trumnę, księdza i asysty nie było już, tylko rodzina czekała cierpliwie na koniec kopania.
Nareszcie jama gotowa.
— Dosyć już będzie! — odzywa się jeden z chłopów, co nieśli mary. — Wyłaźcie, dziura w sam raz głęboka.
Wszyscy obecni spieszą teraz z pomocą przy spuszczaniu trumny w dół. Doskonale w nim będzie