Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ojcu Janowi! Stary zna ziemię i ona jego też, pożycie ich będzie zgodne. Właśnie jak raz ubiega lat sześćdziesiąt, odkąd mu naznaczyła to rendez-vous w dniu, w którym po raz pierwszy dotknął jej łona motyką. Kres ten z góry był przeznaczony ich pieszczotom. Prędzej czy później, musiała go ziemia w końcu, jak wszystkich, przygarnąć i zatrzymać. A co za miły spoczynek czeka go w jej objęciu!... Nie dolecą tam jego uszu żadne inne głosy prócz szmeru ptasich łapek, stąpających lekko wśród traw. Nikt mu tutaj po głowie skakać nie będzie, lata całe będzie mógł leżeć w swem mieszkanku, zażywając niezmąconego niczem spokoju. Bo śmierć tu — to promieniejący słońcem i cichy niezmierną pól ciszą — sen nieprzespany...
Dzieci zmarłego, Katarzyna, Antoni i Józef, podeszły ku jamie, podniósłszy każde grudkę ziemi, by ją na trumnę rzucić. Kubuś, który zdążył tymczasem nazbierać maków, rzuca także na wieko równiankę. Wreszcie rodzina zabiera się do domu pokrzepić się polewką, trzody wracają z pastwisk, słońce chyli się ku zachodowi. Noc ciepła kołysze do snu wioskę.