Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, spieszmy się. O siódmej muszę być z powrotem.
Nikomu ani w głowie się spieszyć. Trzeba dopiero iść po dwóch sąsiadów, którzy poniosą nieboszczyka na marach z czarno malowanego drzewa. W chwili wyruszania pogrzebu przybiega Kubuś z wieścią, że grób jeszcze nie został wykopany, ale że można i tak iść na cmentarz.
Proboszcz wyrusza zatem na czele, czytając po łacinie z książki. Towarzyszący mu chłopiec niesie pogiętą miedzianą kropielnicę, z której sterczy kropidło. W samym środku wsi drugi chłopak, z krzyżem, umocowanym na długim drążku, w ręce, wychodzi z stodoły, w której odprawiać się zwykła msza co dwa tygodnie i rusza przodem orszaku. Rodzina postępuje zaraz za ciałem. Po drodze cała wieś przyłącza się do pochodu. Ogon bosych, obdartych wisusów z gołemi głowami kończy go.
Cmentarz znajduje się na drugim końcu wsi. To też sąsiedzi, dźwigający mary z trumną, zatrzymują się trzykrotnie dla odpoczynku, a cały orszak przystaje również. Po chwili, odsapnąwszy, idą dalej. Słychać chrobot drewnianych sabotów na twardej ziemi. W chwili przybycia na cmentarz gromady grób jeszcze nie był skończony. Grabarz, stojący na dnie jamy, to niknie to się znów pokazuje za każdem nabraniem ziemi na łopatę.