Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic wam nie lepiej, ojcze?
Nie, nie lepiej. Pomruczał chwilę, potrząsł głową.
Czemby mu tu dopomódz? Katarzynie przyszło na myśl zagrzać wina z korzeniami. Tylko że to może trochę za mocne, gotowo uśmiercić starego. Józef tedy zawyrokował, żeby poczekać jeszcze do jutra i wszyscy poszli spać.
Nazajutrz przed wyruszeniem do żniw synowie i córka stali znowu czas jakiś przed łożem ojcowskiem. Nie ulega wątpliwości, stary jest słaby. Nigdy jeszcze nie leżał tak długo bez poruszenia. Kto wie, czy nie najlepiejby było zawezwać odrazu lekarza? Cały kłopot, że trzeba po niego iść aż do Raugemont, sześć mil tam, sześć nazad, razem dwanaście, co znaczy: stracony dzień. Stary, przysłuchujący się naradzie dzieci, począł poruszać się niecierpliwie, widać było, że jest zły. Nie potrzeba mu żadnych doktorów. Doktor kosztuje a nie na wiele się zda.
— Nie chcecie?... To pójdziemy już do roboty? — rzekł Antoni.
Rozumie się, że powinni iść do roboty. Nie pomogą mu przez to, ze mu będą nad głową stali. Ziemi potrzebniejsza ich pielęgnacya. Tak upłynęły dni trzy, w ciągu których dzieci co rano udawały się w pole, Jan zaś nie ruszał się wcale z posłania, popijając tylko wodę z dzbanka, gdy go zebrało pragnienie. Był jak jedna z tych sta-