Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czemuż to nic nie robisz, leniuchu? — zagadnął stary malca, nie odstępującego go ni na krok. — W twoich latach zarabiałem ja już na życie!... Wiesz?...
— Pilnuję was, dziadku — objaśnił dzieciak.
Słowa te uderzyły jak grom w starca. Nie rzekł ni słowa więcej. Wieczorem dnia tego położył się, aby nie powstać już więcej. Kiedy synowie i córka, wybierając się nazajutrz w pole, przyszli zajrzeć do izby ojca, zastali go leżącego bez ruchu na posłaniu, z rozwartemi oczyma i taką miną, jakby się nad czemś głęboko zastanawiał. Twarda, wygarbowana słońcem skóra starucha miała jednak tę samą co zawsze barwę, nie można więc było po niej poznać, czy mu co brakuje.
— Cóż to, ojcze?... Chorzyście?...
Mruknął coś pod nosem, odpowiadając ruchem głowy: nie.
— Więc nie wybierzecie się w pole?.. Mamy iść sami?
Skinieniem głowy dał im poznać, by sami poszli. Żniwa się już zaczęły, więc potrzeba rąk. Zmarnowany dzień mógłby narazić zbiory na zniszczenie, w razie nagłej burzy. Nawet Kubuś poszedł za wujami i matką. Ojciec Lacour pozostał w domu sam jeden a gdy wieczorem dzieci wróciły z pola, znalazły go w tem samem miejscu i pozie leżącego na wznak z wyrazem zadumy w szeroko rozwartych oczach.