Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

O godzinie dziewiątej wreszcie kondukt wyrusza do kościoła. Karawan I-ej klasy, nastroszony piórami, lśni cały od srebrnych frendzli przy draperyach. Sznury całunu dzierżą: jeden z marszałków Francyi, książę — długoletni przyjaciel zmarłego, były minister oraz jeden z członków akademii nieśmiertelnych. Syn i zięć hrabi idą na czele pochodu zaraz za trumną. Za nimi z głuchym tupotem drepcącego stada ciżba ludzi w czarnych krawatach i rękawiczkach, same wybitne osobistości.
Mieszkańcy całej dzielnicy, poruszeni pogrzebem, cisną się do okien. Stawając w szpaler na trotoarach odkrywają głowy i trzęsą niemi z podziwu na widok wspaniałego karawanu. Nieskończony sznur karet żałobnych, prawie wszystkie próżne, tamuje swobodną cyrkulacyę; to też omnibusy i fiakry tłoczą się na przecięciach ulic; słychać klątwy woźniców i trzaskanie z biczów. W czasie tego hrabina de Verteuil, która pozostała w swoim apartamencie, oświadczając, że czuje się nazbyt złamaną przez żal, wyciągnąwszy się na szezlongu, bawi się jedwabnym kwastem opasującego jej negliż sznura, zapatrzona w suft z uczuciem jakiejś ulgi i rozmarzenia.
Ceremonia kościelna trwa blizko dwie godziny. Wszyscy księża są w ruchu; biegają w komżach od samego rana, wydają rozkazy, ocierają pot i z hałasem wycierają nosy. W pośrodku kirem