Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokrytej nawy wznosi się płonący od świec katafalk. Nakoniec orszak zajął miejsca, kobiety z lewej, mężczyźni z prawej; organy zaczynają żałośnie jęczeć, śpiewacy zawodzą głucho, głosy dzieci z kościelnego chóru brzmią niemal jak łkanie, wysokie kagańce zaś, w których palą się zielone ognie, nadają żałobnej pompie trupioblady blask.
— Podobno L. ma śpiewać? — wymienia ktoś nazwisko głośnego operowego śpiewaka.
— Zdaje się — odrzecze sąsiad, były prefekt, wspaniały mężczyzna, posyłający zdaleka damom uśmiechy zwycięzkie.
W chwili gdy głos śpiewaka wzbił się ponad nawę, — dodaje z cicha, kołysząc głową z zachwytu:
— Co za metoda!... co za pełnia tonu!...
Cały orszak porwany jest również śpiewem. Wspomnienie wieczorów, spędzonych w operze, okrasza usta dam nieuchwytnym uśmiechem. Ten L. ma rzeczywiście talent jakich mało! Jeden z przyjaciół nieboszczyka nie może się powstrzymać od uczynienia uwagi:
— Nie zdarzyło mu się nigdy śpiewać lepiej! Jaka szkoda, że nasz biedny Verteuil nie może go słyszeć, on, co go tak lubił!
Śpiewacy w czarnych kapach okrążają katafalk. Księża w liczbie dwudziestu przyłączają się do skomplikowanej ceremonii, chyląc głowy powtarzają łacińskie formułki, wprawiają w ruch kro-