Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/92

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Nie, nie! już będzie tego na dzisiaj dosyć; nie rozprawiajmy, a raczej kochajmy się szczerze, dobrze.. Patrz! Martyna nas przyzywa; chodźmy na obiad.




    III.

    W przeciągu miesiąca następnego wzajemne nieporozumienia wzrastały; Klotylda gryzła się nadewszystko widząc, iż Pascal zamyka teraz szafy i szuflady na klucz. Nie żywił już bowiem do niej dawniejszego zaufania, co ją do tego stopnia martwiło, że najniezawodniej spaliłaby owe dokumenta, gdyby choć raz spostrzegła szafę otwartą. Podnieta tedy babki Felicyty zaczynała wydawać owoce. Sprzeczki również zaczęły się ponownie; często nie mówiono do siebie przez dwa dni.
    Pewnego poranka, podczas takiego dąsania się, które trwało jeszcze od przedwczoraj, Martyna posługując przy stole, rzekła:
    — Przed chwilą, gdy przechodziłam przez plac Podprefektury, widziałam, jak pewien przyjezdny wchodził do domu pani Felicyty. Zdaje się mi, że go poznałam... Tak, proszę panienki, to będzie zapewne brat panienki; doprawdy, chyba się nie mylę.
    Nagle tedy Pascal i Klotylda zaczęli do siebie mówić.
    — Twój brat? A czyż babka go oczekiwała?
    — Nie, nie sądzę... Czeka już bowiem na niego od pół roku. Wiem, że pisała do niego ponownie przed tygodniem.