Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

migdałowe, jak i oliwki powykręcane, spoglądające ku blednącemu, czystemu a poważnemu niebu. Równocześnie na tyłach domostwa kępa jaworów była już tylko plamą ciemną, czarną raczej i nieprzeniknioną, podczas gdy równocześnie dolatywał stamtąd odgłos fontanny, wydzwaniającej wiecznie swój śpiew kryształowej czystości.
— Patrz! — odezwał się doktór — pan Bellombre już obiadował, a teraz wypoczywa.
I wskazał ręką na ławkę posiadłości sąsiedniej, gdzie spoczywał starzec wysoki, a chudy, mający najmniej lat siedmdziesiąt, twarz długą, porytą zmarszczkami, o wielkich, nieruchomych oczach, ubrany bardzo starannie w surdut i krawat.
— To mędrzec — szepnęła Klotylda — jest prawdziwie szczęśliwym.
Pascal krzyknął z zaprzeczeniem.
— Co! on ma być szczęśliwym? Sądzę, że nie!
Doktór nigdy nikogo nie nienawidził; i tylko ów pan Bellombre, dawny profesor klasy wstępnej, dzisiaj emeryt, mieszkający w swym małym domku jedynie w towarzystwie ogrodnika, głuchoniemego, a jeszcze od niego starszego, ten tylko Bellombre posiadał przywilej szczególny wywoływania w nim gniewu.
— Chłop tęgi, który bał się życia, czy ty mnie rozumiesz, który bał się życia!.. Och, tak, samolub, nie uczynny i skąpy! Z koła swego bytu wykluczył kobietę, gdyż obawiał się, że będzie musiał kupować jej buciki. I nie znał innych dzieci, jak tylko obce, które mu,