Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

podczas długich dni zniw, oraz winobrania... Życie jest wiecznem; ono wiecznie zaczyna na nowo i wiecznie rośnie.
Tutaj ujął ponownie rękę Klotyldy i powracali w ten sposób do domu, przyciśnięci jedno do drugiego, zaprzyjaźnieni z sobą i pogodzeni zupełnie, wśród przejrzystego zmroku, który ku górze, pod niebem konał, stykając się z spokojnem światłem słonecznem czerwonem i fioletowem.
I znowu, gdy ich spostrzegły, tego starodawnego potężnego, a słodkiego króla, wspartego na ramieniu dziecięcia pokornego i zachwycającego, które go ożywiało swą młodością — gdy ich spostrzegły kumoszki przedmiejskie, siedzące przed drzwiami swych domów, patrzyły na nich długo z czułym uśmiechem.
W Soulejadzie Martyna czatowała na nich oddawna. Już zdaleka kiwała pośpiesznie. Cóż do licha, czy dzisiaj wcale nie będzie obiadu? A potem dodała, gdy się już zbliżyli:
— Ach, moi państwo, będziecie musieli poczekać kwadransik, gdyż bałam się piec baraninę.
Pozostali tedy na dworze, oboje zachwyceni; tym czasem zmrok zapadał coraz gęstszy. Sośnina, jeszcze czarniejsza wśród cieni wieczornych, wydawała woń balsamiczną żywicy; powietrze, jeszcze nieco rozpalone, jeszcze tu i owdzie oświecone umierającym promieniem różowym, drgało coraz częściej chłodniejszym powiewem.
Przynosiło to niejako ulgę; żądza odpoczynku i snu ogarniała całą miejscowość, zarówno wyschłe drzewa