Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

się na nim małe jaszczurki, które od czasu do czasu uciekały między kamienie rozrzucone, oraz kępy włosiste drzew kaparowych.
Potem, jak gdyby rozirytowana pustką, dokoła się rozciągającą, przeszła sad owocowy i ogród warzywny, pielęgnowane troskliwie przez Martynę, która nie zważając na swój wiek podeszły, posługiwała się jedynie dwa razy na tydzień wyrobnikiem, pomagającym przy robocie najżmudniejszej; następnie weszła, skręcając na prawo, w sośninę, mały lasek, czy gaik sosnowy, jedyną pozostałość z przepysznych sosien, ongi pokrywających całą wyżynę. Lecz i tym razem jeszcze ta zmiana jej nie zadowolniła: zeschłe szpilki trzeszczały pod nogami, woń żywiczna biła z pni, tudzież gałęzi.
To też poszła wzdłuż muru, zamykającego Soulejadę, minęła furtkę, prowadzącą na drogę do Fenouillères, niemal tuż przy pierwszych domach Plassans, przeleciała wreszcie przez podwórze — olbrzymie podwórze, mające dwadzieścia metrów obwodu, które wyraźnie mówiło o dawnem znaczeniu, tudzież o rozmiarach dawnych całej siedziby. Ach! to stare podwórze, wybrukowane okrągłemi kamieniami, jak za czasów rzymskich, ten rodzaj pustego placu, pokrytego niby kobiercem z grubej wełny przez trawę krótką, wyschłą o połysku złota!
Ileż razy dawnemi czasy bawiła się tutaj wyśmienicie, ileż razy biegała tutaj, tarzała się po ziemi, lub też leżała wyciągnięta na grzbiecie aż do zmierzchu, kiedy pojawiają się gwiazdy na stropie niebieskim bez granic!
Otworzyła parasolkę, poczem krokiem przyspieszonym przebiegła podwórze Wróciła więc na tyły domu,