Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

pod gromadę jaworów olbrzymich, które z tej właśnie strony rzucały cień obfity. Na tę także stronę wychodziły dwa okna pokoju doktora.
Klotylda skierowała tam oczy, gdyż zbliżała się tutaj, powodowana nadzieją, że nareszcie zobaczy stryja. Lecz okna były zamknięte, co w swem rozdrażnieniu uważała ona niemal za rozmyślnie wyrządzoną jej krzywdę. Wówczas mimowoli spostrzegła, że wciąż jeszcze trzyma ową bułeczkę, gdyż zapomniała ją zjeść; schroniwszy się tedy pod rozłożyste gałęzie drzew, zaczęła ją chrupać niecierpliwie swemi pięknemi, młodemi zębami.
Owa ulica, wysadzona bez ładu jaworami, ów zabytek prawie jedyny minionej wspaniałości Soulejady, tworzyła rozkoszne schronienie przed upałem. Pod temi olbrzymami o potwornie wielkich konarach panował niemal mrok; promienie słońca, przeciskające się przez powódź liści, nabierały zielonawego odcienia; rozlegał się tutaj wyśmienity chłód w przeciwstawieniu do skwarnych dni letnich.
Przed laty założono tu widocznie ogród francuzki; teraz atoli przechowały się po nim obwódki z bukszpanu — z bukszpanu, który oczywista korzystał z cieniu, gdyż wyrósł na krzewy sporej wielkości.
Główną przecież ozdobę tego zacienionego kącika tworzyła fontanna, zwyczajna rurka ołowiana, osadzona w słupie, czy kolumience, zkąd strzelała ustawicznie, nawet podczas suszy największej, struga wody, grubości małego palca, która następnie spadając, zasilała wielki zbiornik, mchem porosły, gdzie zazielenione kamienie czyszczono zaledwie raz na trzy albo cztery lata.