Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Zresztą owe podarunki tworzyły jedynie szatę, albo raczej formę zewnętrzną jeszcze głębszego, dalej sięgającego daru, — daru oddania siebie samego, całego siebie; ta forma właśnie doprowadzała go do tego, że oddawał jej wszystko i nie zatrzymywał dla siebie nic a nic, ani z swoich pieniędzy, ani z swego ciała, ani z swego życia.
A przytem cóż za rozkosz szaloną odczuwał, gdy spostrzegł, iż zrobił jej przyjemność istotną: rzucała się mu wtedy na szyję, cała zarumieniona, i ogniście, namiętnie całowała go na podziękowanie!...
Po klejnotach znowu przyszła kolej na suknie, gałgangi, stroje, a nawet przybory toaletowe. Pokój zapełniał się z dniem każdym; szuflady nie mogły pomieścić tego wszystkiego.
Pewnego ranka jednak pogniewała się już naprawdę. Przyniósł jej bowiem nowy pierścionek.
— Ależ, mój drogi... przecież ja nigdy tego wszystkiego nawet nie kładę na siebie!... I... popatrz tylko sam!.. gdybym chciała odrazu wszystkie klejnoty na siebie powkładać, już tylko pierścionkami jednemi miała bym całe ręce aż do końca palców pokryte... Proszę cię tedy bardzo a bardzo, abyś był rozsądnym.
Pascal zmięszał się niezmiernie.
— Czyż więc nie robi ci to żadnej przyjemności?
Wówczas Klotylda, widząc jego stan, musiała objąć go swemi rękoma gładkiemi i przysięgnąć mu ze łzami w oczach, iż czuje się nadzwyczajnie szczęśliwą. On takim dobrym okazuje się dla niej, on z takiem poświęceniem bezgranicznem myśli tylko o niej, o sobie zupełnie zapominając.