Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Kiedy przecież tegosamego poranka odważył się wspomnieć o potrzebie odświeżenia pokoju, dania nowego obicia i zakupienia innych mebli, Klotylda zaczęła go ponownie zaklinać:
— Och! nie! na litość, nie i nie!... Proszę cię, abyś nic nie ruszał w mej starej sypialni, tak pełnej słodkich wspomnień; boć przecież tutaj wyrosłam i tutaj kochaliśmy się tak namiętnie. Zdawałoby się w przeciwnym razie, że już nie jesteśmy u siebie.
W domu uporczywe milczenie Martyny oznaczało, że potępia ona te wypadki nadzwyczajne, szalone, bezużyteczne.
Zachowywała się nadto mniej poufale, aniżeli dawniej, jak gdyby od chwili nowego położenia rzeczy ze stanowiska swego gospodyni z przyjaciółki spadła z powrotem na poziom dawny zwykłej służącej. Nadewszystko zmieniła swoje postępowanie wobec Klotyldy, zachowywała się bowiem wobec niej jak wobec młodej pani do mu, jak wobec chlebodawczyni, której się okazuje więcej posłuszeństwa, aniżeli miłości.
Gdy wchodziła rankiem do sypialni i obsługiwała ich oboje, jeszcze leżących w łóżku, twarz jej stale zachowywała ów wyraz zrezygnowanej pokory; zresztą okazywała zawsze uwielbienie nieograniczone dla swego pana, na wszystko inne zaś patrzyła obojętnie.
Dwa, czy trzy razy przecież, rankiem, przychodziła z obliczem zmienionem i zbolałem, z oczyma, zaczerwienionemi od łez, nie chciała przytem otwarcie odpowiadać na zadawane jej pytania jeno mówiła, że to nic wielkiego, zwyczajne zawianie i tyle.