Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

obładowana złotem, z przepaską złotą we włosach płowych i miękich; złoto błyszczało na jej ramionach nagich, złoto widniało na szyi i na piersiach; Klotylda cała była naga, a w swej nagości boska, lśniąca od złota i kamieni drogich.
Wszystko to w rozkoszny sposób zadawalniało jej zalotność kobiecą; pozwalała kochać się na klęczkach, gdyż instynktownie czuła, a czuła przewybornie, że to właśnie jest jedną z postaci prawdziwie wyegzaltowanej, płomiennej i rozognionej wyobraźni.
Ostatecznie przecież zaczęła go już nieco łajać za takie marnotrawstwo i robić wcale rozsądne uwagi, że w końcu takie podarunki są niedorzecznością. Bo i cóż z niemi robić? Gdy się je dostanie i pobawi, trzeba następnie schować do szuflady, ponieważ nie można ich używać, skoro się nigdzie nie chodzi. Darzyły ich one wprawdzie chwilą przelotną zadowolenia, chwilą wdzięczności nawet z powodu uroku samego, jaki wnosiły za sobą do różowej sypialni, ale wnet, niemal zaraz szły w zapomnienie.
Pascal atoli nie chciał nawet słuchać słów Klotyldy. Porwał go w tym czasie prawdziwy szał obdarowywania; był on poprostu niezdolnym oprzeć się potrzebie kupienia jakiegoś przedmiotu kosztownego, ile razy tylko przyszła mu myśl obdarowania Klotyldy.
Grała tutaj rolę niemałą hojność serca, tudzież pragnienie gorące dowiedzenia jej, że wciąż, nieustannie, ciągle myśli o niej; grała także rolę i duma, pragnąca widzieć ją ciągle szczęśliwą, jak najszczęśliwszą nawet, jak najbardziej wspaniałą, jak najbardziej godną zazdrości.