Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

przytem swe ramiona delikatne, odwijając niby do olbrzymiej roboty rękawy sukni, co było jej to bardzo, a bardzo do twarzy. Kotlety były już przygotowane; trzeba je było tylko usmarzyć, co jej się przewybornie udało Do kotletów dodała nadto jajecznicę, nakoniec odniosła tryumf niesłychany, gdyż przygotowała kartofle po parysku. Istotnie, owo śniadanie było bez zarzutu; nadto przynajmniej dwadzieścia razy go przerywała, to by usłużyć, to by gorliwie pamiętać o wszelkich potrzebach i przyzwyczajeniach mistrza. A więc podawała chleb, przynosiła wodę, biegała po zapomniany widelec. Gdyby słówkiem jednem pozwolił, byłaby mu usługiwała na klęczkach.
Ach! gdyby to tak można zostać samym... tak, zostać jedynie we dwoje w owym wielkim domu, wypełnionym ich promieniejącą, naokoło czułością, i wówczas mieć tę świadomość, iż jest się zdaleka od świata, a więc można swobodnie i śmiać się i kochać...
Całe popołudnie znowu poświęcili na sprzątanie mieszkania. Robili to także we dwoje; powoli, bez pośpiechu pozamiatali pokoje i posłali łóżka. Pascal sam oświadczył gotowość przyjścia jej z pomocą. To zajęcie było raczej zabawką, podczas której mogli bawić się jak dzieci rozpustne i śmiać się dowoli. Chwilami przecież przychodziła im na myśl Martyna, wtedy więc wracali na dół, by zasztukać do drzwi pokoiku. Istne bowiem z jej strony szaleństwo! Ta stara dziwaczka gotowa tam jeszcze na śmierć się zagłodzić! A przecież nikt jej nic nie zrobił, nikt jej nic nie powiedział, nikt nawet palcem nie dotknął!.. Uparta dziwaczka, oczywista, i koniec!... Bo