Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

na uderzenia do drzwi tylko echo puste odpowiadało ponuro. Noc już zapadała; trzeba więc było znowu zająć się przygotowaniem obiadu. Zjedli go z jednego talerza, tuląc się do siebie nawzajem. Zanim atoli udali się na spoczynek, raz jeszcze pobiegli na dół, aby zasztukać. Uciekli się nawet do groźby wysadzenia drzwi, ale i to nie pomogło; przez drewnianą deskę drzwi nie doleciał ich uszy nawet szmer najlżejszy.
Również nazajutrz, gdy podniósłszy się z łóżka i odziawszy, zeszli na dół, znaleźli kuchnię pustą. Nic tutaj nie poruszono z miejsca; drzwi były zamknięte na wszystkie spusty; cisza panowała dokoło. Wówczas oboje zaniepokoili się już zupełnie poważnie. Cała doba minęła, a służąca nie dała o sobie ani znaku życia.
Opuścili na chwilę kuchnię, by wnet do niej powrócić. Ktoż atoli opisze ich zdumienie, ich oszołomienie raczej, gdy ujrzeli Martynę, siedzącą jak najspokojniej przy stole i przyrządzającą szczaw na śniadanie. Bez żadnych już utyskiwań, cichaczem zajęła z powrotem dawne stanowisko zwyczajnej służącej.
— Co się z tobą działo, Martyno moja? — żywo zawołała Klotylda. — Przecież teraz już powinnaś nam powiedzieć, co to wszystko miało znaczyć?
Martyna podniosła twarz, napiętnowaną smutkiem i porytą bruzdami, które łzy wczoraj musiały wyżłobić. Mimo smutku jednak, oraz mimo śladów płaczu, znać było, że Martyna już się uspokoiła, ale i postarzała zarazem gwałtownie; troski i rezygnacya ujawniły u niej teraz ślad pracy, tudzież sterania. Podniósłszy głowę, obrzuciła spojrzeniem, pełnem wyrzutu groźnego, Klo-