Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

i gniewem zaprawiał swe pogróżki. Zastąpiła go Klotylda, potem on po raz wtóry pukał do owych drzwi, — lecz wszystkie ich usiłowania pozostały bezowocne; wszystko napróżno, nikt się nie odezwał. Martyna nie odpowiedziała ani jednem słowem; nie było ani szmeru jednego; cisza iście grobowa zapanowała w owym pokoiku małym. I wówczas wyobrazili sobie ten pokoik niewielki, nadzwyczajnie czysty, boć potrzeba czystości przeszła u Martyny niemal w manią, umeblowany bardzo, a bardzo skromnie, gdyż tylko komodą orzechową i twardem, a wązkiem łóżkiem, klasztornem raczej, niż świeckiem, osłoniętem firankami białemi. Na to łóżko bezwątpienia musiała się rzucić teraz stara służąca, na owo łóżko, gdzie tyle nocy samotnie spędziła, i ukryła twarz wśród poduszek, aby przygłuszyć jęki i łkania.
— Ach! niech ją tam wreszcie! — zawołała po chwili Klotylda, samolubnie rozradowana — niech wreszcie gniewa się, skoro taka jej wola!...
Następnie ujęła głowę Pascala w prześliczne rączęta swoje i podniosła ku niemu swą arcypiękną główkę; z oczu wciąż jeszcze tryskała chęć oddania się, gotowość zostania własnością mistrza.
— Ale wiesz, mistrzu — zawołała — ja będę ci dzisiaj usługiwała!..
Pascal ucałował ją w oczy, wdzięcznością do głębi wzruszony.
Klotylda natychmiast zabrała się do przygotowywania śniadania, przyczem całą kuchnię przewróciła do góry nogami. Narzuciła na siebie jakiś fartuch, biały i duży, układając w fałdy bardzo wdzięczne; odsłoniła