Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chwyta za szablę, burką się osłoni,
Krzyknie, tłum jezdzców setkami powstanie,
A on na przedzie z wichrami się goni;
Za niemi niebo kryje się w tumanie.

Ja wam nie powiem, na jakie to pole
Wtedy koń wrony niósł kniazia Romana;
Ja wam nie powiem na jaką niedolę
Przyszły tam hordy z Perekopu chana.

Idź w step Obodny: nad rozstajną drogą
Wnet tam zaproszą cię do siebie groby;
Ale już kości nie znajdziesz z nikogo,
I kruki tylko pieją pieśń żałoby.

I z tych już prochy wiatr wokół rozwiewa,
Co trupem pogan słały te przestrzenie;
Ale ich dzieła jeszcze nam zaśpiewa
Na Ukrainie szóste pokolenie.

Bo pamięć ziemi obrońców nie ginie:
Ona tak świeci jak słońce śród rana.
Wspomnij te lata o grodzie Lublinie!
Kiedy-ś w twe bramy przyjmował Romana.

Młody król August na tronie zasiada,
I jął się wielkiem dziełem niepokoić:
W pamięć, że z rodu on ostatni włada,
Pragnąłby Litwę z Polską w jedno spoić.