Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Senna od skwaru twoja powieka,
Głowa chce spocząć na piersi drogiéj.
I osunęła się ręka biała,
I nagle słodka rozkoszy siła
Z więzów zasłony ramię wyrwała;
A ociężałość wzrok twój przyćmiła,
Oblawszy oczy rosą perlistą.
Policzki grają krwią płomienistą
Krain południa; usta czarowne
Milczą, a jednak takie wymowne!
Tchną samą lubość. A twoje łono
Wznosząc się, z lekką igra zasłoną.
„Gdzieżeś jedyny, o mój kochany?”
Lecz ot już tentent słyszéć się daje,
Na drodze pędzą kurzu tumany.
„To szach!” lezginka szepcze i wstaje.
Próżno się marną nadzieją cieszy,
Bo łatwo oczy zwodzą zdaleka;
Dostrzega jeźdzca, co ku niéj spieszy;
Ale to nie szach, którego czeka:
To jakiś obcy strudzon śród drogi,
W gościnne do niéj przybywa progi.
Rumak zmęczony, aż cały w pianie,
Jeździec chce skoczyć, zda się wnet stanie.
Zsiadajże jeźdzcze!... I czegóż zmudzi?
Ta sakla, zda się w nim przestrach budzi,
Spojrzał.. westchnienie krótkie, stłumione,
Z ust wpół otwartych nagle wypada,
Jak listek, gdy nim wicher owłada,
I szybko niesie w nieznaną stronę.