Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miłe me pisklę precz uleciało!
Było to w nocy: we śnie me łono
Tchnęło spokojem; śród ciszy błogiéj
Tylko szeleścił wicią zieloną,
Siedząc nademną mój anioł drogi.
Nagle szmer jakiś ze snu mnie budzi,
Słyszę krzyk słaby i tentent konia;
Biegnę i widzę, co? czy wzrok łudzi?
Jeździec na koniu pędzi śród błonia,
W objęciach drogie dziecię me trzyma!
Zaraz za niemi gońca posłałem,
Ale broń wierna chybiła strzałem;
Próżnom ich ścigał klątwą, oczyma.
Z pragnieniem zemsty w piersi ukrytem,
Niezdolny pomścić krzywdy, co plami,
Włóczę się odtąd między górami
Jak wąż, zdeptany końskiem kopytem.
Odtąd już spokój odbiegł odemnie,
I dziś go w świecie szukam daremnie.
Wzywam was, dzielne syny Dżemata!
Kto mi odwagę swoję pokaże?
Który z was szacha zna Bej-Bułata,
Niech córkę wróci, hańbę mą zmaże!”.
— „Ja!” — nagle młodzian wrzasł czarnooki,
Chwytając ręką kindżał szeroki.
W niemém milczeniu tłum zadziwiony
Na dwie się przed nim rozstąpił strony.
— „O! ja znam szacha! ja pomszczę ciebie!
Za dwa dni będziesz miał wieść odemnie.