Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wtem nadciągnęły piorunne chmury,
Wszystkie gałęzie drzewa złamały:
I teraz stoję oto jedyny,
Jako pień nagi pośród doliny.
Niestety! dzisiaj już jestem stary,
A włos mój bielszy niż śnieżne szczyty;
Lecz czasem, pędząc kipiące wary,
Pod śniegiem strumień bywa ukryty.
Wzywam was, dzielne syny Dżemata!
Kto mi odwagę swoją pokaże?
Który z was szacha zna Bej-Bułata,
Córkę niech wróci, hańbę mą zmaże!
W niewoli dwoje zwiędło mych dzieci;
Syny zginęli w walce zaciętéj:
Dwaj z nich w obczyźnie, a przy mnie trzeci,
Przez wroga w piersi bagnetem pchnięty.
Konając, uśmiech taki miał szczery!
Bo pewno widział biedny młodzieniec,
Jak się doń rajska zbliżała Peri,
Trzymając w ręku tęczowy wieniec.
Z aułu, nieszczęsnym znękany bojem,
Uciec musiałem precz na pustynię
Z córką, jedynem dziecięciem mojem.
Jam ją czcił, wielbił, jako świątynię;
Nic nie ceniłem na świecie po niéj,
I nic nie wziąłem, prócz wiernéj broni.
Z córką w jaskini dzikiéj się mieszczę;
Na wszelką biedę była wytrwałą.
Wtem cios spadł na mnie ostatni jeszcze: