Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XLVIII.

Całe dwa dni mu zdały się nowe,
Każdy go prawie zajmował krok;
Lubił samotność pól i dąbrowę,
I szmer strumyka, wieczorny mrok.
Ale te pola, lasy, strumienie,
Już go znudziły na trzeci dzień,
Potem wprawiały łatwo w uśpienie;
Wszystko ponury przybrało cień.
Wtedy przekonał się Eugeni,
Że i świat wiejski nudny, nic wart,
Choć niéma ulic w małéj przestrzeni,
Skupionych dworców, balów i kart.
Myśl wszędzie splinem była dręczona,
Co jak cień ścigał lub wierna żona.


XLIX.

Jam się do życia cichego rodził,
Pośród spokojnych, ustronnych siół;
Tamby głos z liry dźwięczniéj wychodził,
Twórcze marzenia żwawiéjbym snuł.
Drogiemi dla mnie te chwile święte,
Gdym, marząc, błądził nad brzegiem wód:
Prawem mem było dolce far niente,
Wzgardziłem formy świata i mód,
Do téj swobody, na tę zabawę,
Każdy poranek przyzywa mię;