Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XLI.

O, ileż razy nad Newy brzegiem,
W letnią, pogodną i cichą noc,
Gdy wód przejrzystych odbity biegiem
Księżyc roztaczał swych blasków moc,
Rzeczywistości zdjąwszy okucie,
Biegliśmy w jasny wspomnienia świat;
Wtedy znów błogi spokój, uczucie,
Władały nami jak dawnych lat.
I dobroczynnem noc swojem tchnieniem
Milczących błogo poiła nas!
Jak gnębionego ciemnem więzieniem
Nagle sen niesie w zielony las,
Tak myśl obudwu uniosły nagle
W młodzieńcze chwile marzenia żagle.


XLII.

Tak z przepełnioną w duszy żałobą
Eugeni wsparty o granit stał;
I w téj rozmowie milczącéj z sobą
Ciężki mu smutek z oblicza wiał.
I cicho wszędzie, zaledwie czasem
Dawał się słyszeć szyldwachów krzyk,
Niekiedy dróżka hukiem, hałasem,
Który stopniowo słabnął i nikł.
I żwawo wiosła pluskają łodzi,
Co po wód sennéj przestrzeni mknie;