Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz pantalonów, fraka, kamzelki,
Tych wszystkich język nasz niema słów;
A i tak będę już miał za swoje,
Bo wyznam, chociaż niebardzo rad,
Ze się krytykom mym nie ostoję,
Bom w styl niemało słów obcych kładł;
A przecież nieraz czasy dawnémi
Zgłębiałem słownik cnéj akademii.


XXIV.

Lecz co tam! oto, jeżeli chcecie,
Pojedźmy sobie lepiéj na bal,
Gdzie w wynajętéj świetnéj karecie
Oniegin pędzi, aż koni żal.
Tam przed domami w śnie tonącymi,
Ponurych ulic zganiając mrok,
Karety stojąc rzędem, jasnemi
Snopami z latarń leją co krok,
Że aż śnieg świeci tęczy barwami;
I dom wspaniały, jakoby w dzień
Błyszczy jasnemi w krąg kagańcami.
W oknach przesuwa się ciągle cień,
Tak, że tam możesz ujrzeć co chwilę
To dam, to dandych różne profile.


XXV.

Oto wysiada wielbiciel mody,
Obok szwajcara jak strzała mknie,