Strona:PL Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego. T. 2.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Jakto? — śmieliby?“ Szydłowski zawoła.
A dzwonnik rzecze: „Wpadli do kościoła
Z Florkiem; dwóch starszych przywiodło tę rotę
I nuż poczynać dyabelską robotę.
Najpierw świętego Jakóba kaplicę
Przetrzęśli. Florek z ołtarza zdjął świece
I wszedł w grób, (który Trela mu otworzył),
Mówiąc, że tu ksiądz Kustosz skarby złożył
Pani Stannowej i podstarościego.
Skarbów nie było. Szli więc do drugiego...
Ten Florek — bogdaj zdechł ten szatan dumny! —
Kopał nogami naszych ojców trumny,
A z sarkofagu księdza Fuzoryusza
Zdarł epitafia łotr, — piekielna dusza!
A co nas jeszcze nalżył, naprzeklinał!...
Jam go upomniał, — ksiądz go upominał —
Aż jeden z starszych gniewem się rozpalił
I za kark Florka z kościoła wydalił.“

„O, Jezus, Marya i pańscy anieli! —
Krzyknął Szydłowski — i to przy niedzieli.
Ha! iście już Bóg swego gniewu skąpił,
Gdy pod tym łotrem grób się nie rozstąpił.“

„Tak, — odparł Bartek — tak, mości patronie!
O miasto wam lęk, że pożarem spłonie?
O kościół pański strach wam, że zaginie?!