Strona:PL Wells - Kraina ślepców (zbiór).pdf/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czyście wzięli to?... — pytał. — Czyście wzięli tamto?...
— Dwóch rzeczy nie zapomnieliśmy — powiedziałem ostro, przyglądając się uważnie jego nosowi — niebieskich woalek i — wazeliny.
Dotychczas doskonale pamiętam chwilę naszego wyruszenia. Była tam przełęczka, położona o paręset stóp poniżej hotelu, i hotel — cały w splendorze nazwy swojej — stojący na wielkiej, posępnej, skalistej wyżynie, wprost ciężkiego zwału zielonych, uwarstwionych skał, popstrzonych tu i tam połaciami śniegu i ciemnemi plamami rododendronów, skał, wznoszących się na tysiące stóp w kierunku zachodniej krawędzi łańcucha górskiego. Ścieżka biegła przed nami wśród głazów, przeskoczyła po kamieniach przez rzeczką, a następnie skierowała się do góry, wzdłuż strumienia, poprzez lodowiec Magenruhe. Tam przeszliśmy przez skałki na lewo i potem po pochyłości lodowej dostaliśmy się na wąską półkę, wiszącą nad przepaścią na zachodniem zboczu. Był świt, słońce tylko co wzeszło i wszystko dokoła nas było zimne, błękitne i ogromne. Turyści w komplecie wyszli z hotelu, aby nam uścisnąć dłoń na odchodnem — niektóre negliże nie odznaczały się pięknością — i stali milczącą gromadą, czekając aż ruszymy. Ostatnie słowa, które mnie doszły, były:
— Wrócą zpowrotem!
— Ależ, naturalnie, wrócimy — odrzekłem. — Niema obawy!
I takieśmy poszli w swoją drogę. Chłodni, rozważni, wzdłuż strumienia, wyżej i wyżej, poprzez urwiste pola śnieżne i lodowe przełęcze Mörderbergu. Pamiętam, że szliśmy czas pewien w zupełnem milczeniu, aż nagle cały kraj zajaśniał od słoń-