Strona:PL Wells - Kraina ślepców (zbiór).pdf/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, jeżeli ty to bierzesz na siebie... — odrzekła.
Tegoż dnia zszedłem w dolinę do Daxdam, ażeby zaopatrzyć się na drogę, wynająć przewodników i tragarzy, dzień zaś następny spędziłem powyżej hotelu na trenowaniu się i zapoznawaniu ze skałą i lodowcem. To mi nie przysporzyło popularności. Poślizgnąłem się zlekka dwa razy. Raz mnie zniosło do jakiejś rozpadliny — mam widocznie szczególne szczęście do rozpadlin — i trzej nieznani mi turyści, którzy wybrali się na Kinderspitz, wyciągali mnie stamtąd przez półtorej godziny. Drugim razem wypuściłem z ręki czekan wprost na głowy niewielkiej wycieczki, zdążającej na lodowiec Humpi. Czekan przeleciał zresztą w odległości trzydziestu cali od nich i nie dotknął nikogo, ale w ryku, jaki się rozległ po tym drobnym wypadku, mogło się zdawać, że rozwaliłem wspólny łeb całej kompanji. Trudno sobie wyobrazić, jak się oni wszyscy brzydko wyrażali, nie wyłączając trzech pań, należących do wycieczki.
Następnego dnia zorganizowano w hotelu formalny zamach, aby zapobiec naszemu wyruszeniu. Sprowadzono gospodarza, perswadowano mojej matce, oczerniono w niedościgniony sposób charakter naszych przewodników. Brat gospodarza wrzeszczał głośniej od innych:
— Dwa lata temu — twierdził — zatracili gdzieś swego turystę.
— To jeszcze nie powód — odrzekłem — abyś pan teraz tracił głowę.
W rezultacie zapomniał języka w gębie. Nie był dotychczas przyzwyczajony do gry słów i mój kalambur stanął mu kością w gardle.
Potem przyszedł łuszczący się gentleman i próbował zbadać nasz ekwipunek: