Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Czy ja śnię? Czy świat oszalał, czy ja?
Zaśmiał się i wyciągnął rękę ku zamkniętym drzwiom.
— Wyrzucony z własnej sypialni przez krzyczący absurd! — powiedział sam do siebie.
Podszedł ku szczytowi schodów, obrócił się i wpatrzył w zamknięte drzwi.
— A jednak to fakt! — powiedział i dotknął palcami swej lekko uszkodzonej szyi. — Niezaprzeczony fakt! Lecz...
Potrząsnął głową beznadziejnie, i zszedł na dół.
Zapalił lampę w jadalni, wydobył cygaro i zaczął chodzić po pokoju, wyrzucając od czasu do czasu jakieś pomruki. Wreszcie rozpoczął monologować.
— Niewidzialny — mówił. — Czy może istnieć niewidzialne stworzenie?... W oceanie tak... Tysiące, miliony. Wszystkie larwy, wszystkie małe naupliusy i tornarie, wszystkie istoty mikroskopijne, wreszcie ryba galaretowata... W oceanie jest więcej istot niewidzialnych, niż widzialnych. Nigdy nie myślałem o tem do tej pory. W stawach jest ich także mnóstwo. Wszystkie drobne twory, żyjące w stawach, te plamki bezbarwnej, przejrzystej galarety!... Ale w powietrzu? Nie! To być nie może. Ostatecznie... dlaczego nie? Gdyby człowiek był utworzony ze szkła nawet, to jeszcze byłby widzialny.
Zatopił się w głębokich rozmyślaniach. Cało cygaro zamieniło się w popiół, który spadał na dywan, zanim znowu się odezwał, a raczej krzyknął, poczem szybko podążył do swego gabinetu, przeznaczonego na