Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


opuszczałam jego domu — straszny był to czas! — Rano musiałam zarzucać na siebie jego perski szlafrok, a wieczorem w czarnem ubraniu pazia z białemi koronkami chodzić po pokoju. Codziennie fotografował mnie w innej pozie — raz na poręczy sofy, jako Ariadnę, raz jako Ledę, raz jako Ganimeda, raz na czworakach. Przytem marzył o morderstwach, strzelaninie, samobójstwie i węglowym kwasie. Raniutko brał rewolwer, nabijał ostrymi ładunkami i przykładał go do mojej piersi, „jedno drgnienie, a pociągnę za cyngiel.“ — O, on by pociągnął, Maurycy, on by pociągnął! — Potem brał rewolwer do ust, jak rurkę do dmuchania. To ma u niego pobudzać instynkt samozachowawczy. A potem — brr — kula przeszłaby mi przez kość pacierzową.

MAURYCY.

Czy Henryk żyje jeszcze?

ILZA.

Albo ja wiem? — Nad łóżkiem było lustro wpuszczone w sufit. Gabinet wydawał się niezmiernie wysokim i jasnym jak sala Opery. Zdawało mi się, że żywcem spadam z nieba. Straszne sny miewałam po nocach. — Boże, o Boże, aby dnia doczekać. —