Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Boskiej z Dzieciątkiem Jezus. To wstrętny głupiec. Hu, jak dudek na kościele.
— Czyś ty hulał?

MAURYCY.

Wczoraj wieczorem! — Piliśmy jak smoki. O piątej wróciłem do domu.

ILZA.

Dość na ciebie spojrzeć. — Czy i dziewczyny były?

MAURYCY.

Arabella, rusałka od piwa, andaluzjanka, gospodarz zostawił nas na całą noc z nią samych.

ILZA.

Dość na ciebie spojrzeć Maurycy! — Po mnie nigdy nie znać shulania. Zeszłego karnawału trzy dni i trzy noce nie rozbierałam się i nie kładłam do łóżka. Z reduty do kawiarni, wieczorem tingel, nocą znów na redutę. Lena była zemną i gruba Viola. — Na trzecią noc znalazł mnie Henryk.

MAURYCY.

Czyż on cię szukał?

ILZA.

Potknął się o moje ramię. Leżałam bez zmysłów na ulicy, w śniegu. — Potem poszłam do niego. — Czternaście dni nie