Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Byłem niemowlęciem, kiedym na świat przyszedł — inaczej byłbym napewno tyle sprytnym, aby się innym urodzić. Widocznie upadłem na głowę... jak mi kto podaruje psa wściekłego, oddam mu go. A jeśli on nie zechce zabrać swego podarunku, to ja będę ludzkim i... Widocznie upadłem na głowę!
Rodzimy się przez prosty przypadek i nie mielibyśmy po najdojrzalszym namyśle — —
— Przynajmniej pogoda okazuje się względną. Cały dzień zbierało się na deszcz, a jednak rozeszło się. — Dziwny spokój panuje w naturze. Nigdzie nic jaskrawego, jątrzącego. Niebo i ziemia wyglądają jak przezroczysta pajęczyna. Wszystko jest tak rozkoszne. Krajobraz jest miły jak kołysanka — „śpij, mój królewiczu, uśnij,“ jak śpiewała panna Snandulja. Szkoda, że niezgrabnie trzyma łokcie! — Na świętą Cecylję tańczyłem poraz ostatni. Snandulja tańczy tylko z epuzerami. Jej suknia jedwabna była wycięta z przodu i z tyłu. Z tyłu aż do paska, a z przodu aż do utraty przytomności. — Chyba nie miała na sobie koszuli — — — — — — — — — — — — toby mnie jeszcze mogło znęcić. —