Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znajduję słów... Droga, jak dywan pluszowy — ani kamyczka, ani ciernia... Stopy moje nie dotykają ziemi... Jakże tej nocy słodko śniłam! Tutaj stali. — Tak mi na duszy uroczyście, jak zakonnicy podczas komunji. Drogie fijołeczki! — Spokojnie, matuchno. Włożę już pokutną szatę. — Ach, Boże, żeby też kto nadszedł, komu bym mogła rzucić się na szyję i opowiedzieć wszystko!

SCENA SIÓDMA.


(Zmrok wieczorny. Niebo lekko zachmurzone. Droga wije się przez nizkie zarośla i sitowie. W pewnem oddaleniu słychać szmer strumyka).


MAURYCY.

Tak będzie lepiej. Ja się nie nadaję. Niech inni głowy sobie łamią. — Ja zamykam drzwi za sobą i wydostaję się na wolność. Dość mam tej ciągłej walki. Ja się przecież na świat nie pchałem, pocóż mam teraz pięściami sobie drogę torować. — Nie mam żadnego układu z Panem Bogiem. Niech sobie tłomaczą, jak im się podoba. Zmuszono mnie do tego. Rodziców nie czynię za to odpowiedzialnymi, choć w każdym razie musieli być przygotowani na najgorsze. Byli dość starzy, aby wiedzieć co robią.