Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MELCHJOR.

Czyś ty już kiedy widział dwa psy goniące się po ulicy?

MAURYCY.

Nie!.. Lepiej mi dziś jeszcze nie mów Melchjorze. Jeszcze mam na dziś Amerykę środkową i Ludwika piętnastego. Do tego sześćdziesiąt wierszy Homera, siedem równań, łacińskie wypracowanie — jutro bym się znowu pościnał. Aby kuć z powodzeniem, muszę być tępym jak wół.

MELCHJOR.

Chodźże do mego pokoju. W trzy kwadranse będę umiał Homera, zrobię równania i dwa ćwiczenia. Wpakuję ci parę nieszkodliwych byków i sprawa będzie załatwiona. Mama przyrządzi nam lemoniadę i pogadamy spokojnie o rozmnażaniu.

MAURYCY.

Nie mogę. — Nie mogę spokojnie mówić o rozmnażaniu! Jeżeli chcesz mi wyrządzić przysługę, udziel mi swoich wskazówek piśmiennie. Napisz mi co wiesz. Wyłóż mi możliwie krótko i jasno, a kartkę wsuniesz mi jutro na lekcji gimnastyki pomiędzy książki. Zaniosę ją do domu, sam nie