Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Miałem zamiar przyjść dziś właśnie! — odparł.— Może pójdziemy razem.
Amadeusz zawrócił i poszedł z Krystjanem. Dotarli do szczytu i ruszyli w stronę lasu. Kroczyli obok siebie w milczeniu. Słońce świeciło poprzez gałęzie, nastała odwilż, resztki śniegu leżały na zeschłych liściach, ślizko było pod nogami, a gościńcem spływała woda w głębokich koleinach. Gdy wyszli z lasu, spostrzegli, że słońce zachodzi, nieboskłon był zielono różowy, a w pobliżu domów Heftrichu zaszedł ich mrok. Przez cały czas nic zamienili ze sobą słowa. Z początku nie mógł Voss dotrzymywać kroku Krystjanowi. Mając krótsze nogi, musiał od czasu do czasu drepcić spiesznie, potem jednak ustalił się rytm, przypominający brzmienie słów rozmowy.
— Jestem głodny! — rzekł w końcu Amadeusz. — Tam widzę gospodę, wejdźmy.
Weszli do izby, która była pusta i siedli za stołem, w pobliżu pieca, gdyż na dworze oziębiło się znowu. Służąca zaświeciła lampę i przyniosła to co zamówili. Krystjana ogarnął strach, płoszący nawet ciekawość. — Cóż się teraz stanie? — myślał i patrzył z uwagą na Amadeusza.
— Niedawno czytałem w starej książce budującą opowieść! — zaczął Voss, wykluwając sobie zapałką zęby, co wprawiło Krystjana w nerwowe drżenie. — Oto pewien król zauważył, że w państwie jego coraz to bardziej pogarszają się ludzie i stosunki. Spytał czterech filozofów o powód. Po naradzie, udali się filozofowie do czterech bram miasta i każdy wypisał na swej bramie przyczynę zła. Pierwszy oświadczył: — Siła tutaj rządzi i dlatego kraj nie posiada praw, dzień jest