Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie możesz odmówić mi kilku chwil rozmowy; bo chociaż występujesz przeciwko mnie, są jednak rzeczy, które mimo woli i chęci twojej wspólnemi być nam nie przestaną.
Mówiąc to zmienił zupełnie postawę i wyraz twarzy. Podobnym był do człowieka zrezygnowanego na sąd fałszywy, o ile zręczny łotr do niewinnego podobnym być może.
— Odrzucam z góry wszelką wspólność pomiędzy nami — odparł dumnie Kiljan; ale mów pan, mów prędzej, jestem cierpliwy, słucham.
— Wspólnego nazwiska odrzucić nie możesz; bądź jak bądź jesteś synowcem moim.
— Odkądże to uznajesz panie hrabio? Wszakże sąd jeszcze nie wydał wyroku w tym względzie; poczekaj aż on zapadnie.
Feliks zacisnął zęby. Zimna ironja, była to broń której najbardziej się lękał, bo sam jej używał i znał całą jej doniosłość.
— Niepotrzebny dla mnie wyrok żaden, skoro dowody urodzenia twego się znalazły — wyrzekł spokojnie; — dla czegóż nie udałeś się z niemi wprost do mnie?
— Do ciebie, panie hrabio! a to na co? — spytał Kiljan. Słowa te były szydercze, ale głos i wyraz twarzy nadawał im dziwną powagę.
— Abym ci oddał majątek ojcowski — odparł z godnością hrabia, — jak to dzisiaj gotów je-