Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Te słowa przyprowadziły młodego człowieka do ostateczności.
— Ani ty panie hrabio, ani ja — wyrzekł szorstko — nie mieliśmy nigdy pod tym względem żadnej wątpliwości.
Ta stanowcza odpowiedź powinna była odebrać wszelką nadzieję hrabiemu. Spuścił też głowę, jednak nie dał wcale jeszcze sprawy za wygraną. Co prawda, spodziewał się podobnego przyjęcia, spodziewał się nawet gwałtowniejszych wybuchów, i był na nie przygotowanym; dlatego odparł łagodnie.
— Nie dziwię się słowom twoim; potępiłeś mnie, nieszczęście uczyniło cię gorzkim; każdy na twojem miejscu postąpiłby tak samo.
Kiljan milczał. Polemika z tym człowiekiem którego na wskroś przenikał, zdawała mu się ubliżeniem samemu sobie.
Ta pogardliwa taktyka nie podobała się hrabiemu; wołałby był wybuch. W szermierce słów nie lękał się żadnego przeciwnika. Zrozumiał więc, że jeśli chce być słuchanym, inaczej mówić mu wypada.
— Wyrządziłem ci tak ciężką krzywdę — wyrzekł niby z pokorą człowieka poznającego własną winę — iż nie mam prawa narzekać na gorycz twoją. Potępiasz mnie bezwarunkowo — niech i tak będzie. Ale jakikolwiek jest sąd twój o mnie,