Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc pan uważasz — wyrzekł po chwili cofając daleko rozmowę — że niczem nie można sobie zjednać obrońcy strony przeciwnej?
— Niczem na świecie panie hrabio.
— Nawet największą ofiarą — wycedził Horecki wpijając oczy w twarz prawnika.
— Ofiary podobnej nikt nie będzie śmiał mu uczynić nawet.
— Ba — wyrzekł hrabia, z nawyknienia powracając do dawnego cynicznego tonu — wszystko da się powiedzieć; tylko głupiec naraża się na odmowę, i czyni propozycje w sposób obrażający lub nie dający się dwuznacznie wytłumaczyć. Czyż dokumenta na których opiera się ta przeklęta sprawa nie mogą być podrobione? czy nie nadużyto łatwowierności nawet pana W? — bo zdaje mi się że tak nazwałeś pan naszego antagonistę. Czy nie oddanoby jemu samemu przysługi, wyświetlając mu prawdziwy stan rzeczy?
Prawnik wstrząsnął głową.
— To się na nic nie zda — odparł sucho; — przenikliwość jego równa się jego prawości, to dość powiedzieć. Choć młody jeszcze, zdobył on sobie tak wysokie stanowisko, że nąjwiększe powagi nasze zasięgają rady jego.
Hrabia słuchał tych pochwał z widoczną niecierpliwością. Wiedział aż nadto że na drodze prawnej ruina jego jest nieunikniona: że jedyną na-