Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Panie hrabio — wyrzekł po chwili z wymówką, prawie — trzeba było koniecznie ułożyć się z synowcem, i nie dopuszczać tego gorszącego procesu.
Wyrażenie było silne. Horecki niecierpliwie poruszył się w fotelu.
— Wszakże pan sam czyniłeś mu propozycje w tym względzie.
— Warunki jakie mu hrabia podawałeś były za twarde, trzeba to przyznać; odrzucił je z dumą człowieka pewnego że posiędzie wszystko.
Te słowa zabrzmiały przykro w uchu hrabiego.
— Zapominasz pan, żem ja sam nie miał pojęcia o istnieniu dowodów jego urodzenia, a tem samem nie mogłem uważać go za należącego do rodziny mojej.
Próbował on w ten sposób utrzymać jako tako rolę swoją do końca. Ale spotkawszy wzrok mecenasa, umilkł, czując że wymowa jego była zupełnie daremną.
— Jednak za życia hrabiego Juljusza nie powątpiewałeś pan o tem nigdy — pochwycił prawnik złośliwie, mszcząc się tym sposobem za wszystkie podłostki jakie kiedykolwiek dla niego popełnił.
Rumieniec gniewu przemknął po licu hrabiego; ale obrazę swoją połknąć musiał, bo mecenas był mu potrzebnym, a w czasie długiego życia Feliks Horecki nauczył się nie gniewać nigdy na ludzi, którzy mu się przydać mogli.