Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ironiczny uśmiech przemknął po wązkich ustach hrabiego.
— Czy przekonanie jego nie mogłoby uledz odmianie — zapytał z przyciskiem, wpatrując się znacząco w oczy mecenasa.
Ale ten wzruszył ramionami.
— Nie znasz go hrabia odrzekł tylko; jak widzę nie słyszałeś nawet o nim.
— I owszem i owszem; ale zazwyczaj te wszystkie głośne cnoty w rezultacie okazują się najkruchsze.
W obecnem położeniu mecenas uznał za stosowne wziąć ten frazes do serca, jako osobistą obrazę.
— Daruje pan hrabia — wyrzekł zimno — że nie mogę w tym względzie podzielić jego zdania.
Wiec już ludzie pozwalali sobie nie iść w takt za myślą hrabiego! Ten drugi symptomat wydal się Horeckiemu bardziej jeszcze znaczącym niż inne; fortuna jego chwiała się wyraźnie.
Chwilę trwało milczenie. Klient i obrońca obrachowywali się wzajemnie. Hrabia myślał nad tem co mu dalej czynić wypada; mecenas przypominał sobie że był przyjacielem ojca Kiljana, że przeciwko synowi przyjaciela występować mu się nie należy. Budziło się w nim delikatne sumienie uczciwego człowieka, który w żadnym razie nie powinien bronić złej sprawy.