Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pismem jakiem odznaczają się zwykle wszyskie akta sądowe. Ale zaledwie czytać zaczął, twarz jego blada pobladła bardziej jeszcze, zerwał się z miejsca, i padł znów na fotel jak rażony gromem. Amelja rzuciła się ku niemu, Wilhelm stanął wryty i uciął w pół taktu nuconą piosnkę, hrabina nawet powstała z kanapy zgorszona i niespokojna. Hrabia wodził przestraszonym, zdziczałym wzrokiem po nich wszystkich, aż oczy jego padły na Amelję, która jedna zdawała się rozumieć przyczynę tego niepojętego wrażenia. Odepchnął ją machinalnym ruchem wstrętu, siląc się wymówić słowa co konały mu w piersi. Ale niepotrzebował wypowiadać myśli swojej. Amelja snąć poczuwała się do jakiejś winy, bo blada śmiertelnie wsparła się o ścianę. I ona także nie zdolna była postąpić kroku dalej, ani wyrzec słowa.
Nastało milczenie straszne. Hrabia trzymał ciągle w ręku papier stemplowy, a ręce jego drżały jakby w febrze.
— Ojcze — zawołał w końcu przerażony Wilhelm, rozumiejąc że stało się coś co i jemu zagrażać mogło — ojcze, co tobie?
Na to pytanie w którem drgał niepokój tylko ale nie współczucie, hrabia podniósł szklanny wzrok na syna.
— Stało się — wyrzekł głucho — on dopomina się praw swoich.