Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uczucia, ani nawet tego węzła, który pewne indywidualności najsilniej wiąże — wspólnego interesu. Każde z nich miało swoje zamiary, swoje pamiątki i marzenia, w których żadne inne nie miało udziału. Matka myślała o zbliżającym się świetnym ślubie syna, o strojach jakie przywdzieje; syn o jarzmie krępujących go konwenansów przy narzeczonej, o strasznym przymusie tych utrapienie długich konkurów, i o baletniczce nowo występującej, która tak czarownie uśmiechała się przy każdym piruecie do pierwszych rzędów krzeseł. Amelja rozpamiętywała dzieje serca swego, marzyła o minionej marnie młodości i o wieku dojrzałym, na który nic nie zaskarbiła w dniach wiosny. A hrabia, odpoczywając po trudach obiadowych, porównywał zapewne w myśli trufle Perigordzkie z temi, które przywieziono z dóbr jego, i talenta rozmaitych kuchmistrzów. Może też nie myślał o niczem. Wtem wszedł kamerdyner niosąc na srebrnej tacy papier, różny bardzo od tych, które zwykle dochodziły rąk hrabiego; a gdy go podawał, na jego twarzy, poza obojętnym stereotypowym wyrazem jakim odznacza się służba arystokratycznych domów, przebijało jakieś zdziwienie, jakaś złośliwa radość, której tak często doznają słudzy z niepowodzeń panów swoich.
Wyraz ten nie uszedł przenikliwych oczów hrabiego, i z nieufnością wziął papier do ręki. Był to papier stemplowy zapisany tem jednostajnem wielkiem