Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


błyszczała nie radość tryumfu, nie marna żądza bogactwa i wywyższenia, ale święta duma sprawiedliwości. Jakkolwiek spodlonym i nikczemnym był Ciarkowski, zrozumiał to i poczuł, że pomiędzy nimi żadnego wspólnego uczucia być nie mogło. Ale zrozumiał i to także, iż dzisiaj Kiljana nic ugiąć, nic przebłagać nie potrafi; bo to co nim kierowało, wyższem było nad wszystkie względy ludzkie. Złożywszy zemstę swoją w te ręce, odetchnął swobodnie, jak gdyby ciężar tłoczący mu piersi zmniejszył się o połowę.
Kiljan tymczasem przebiegał oczyma te karty z żółtego papieru, które tak wielki przewrót zrządzić miały w jego losie. Wszystko było w porządku; przezorność Ciarkowskiego opatrzyła je we wszystkie potrzebne potwierdzenia i papiery.
— Bądź spokojny — wyrzekł, widząc wzrok exkamerdynera utkwiony w siebie: — nie zapomnę danego przyrzeczenia, nie będziesz miał powodu żałować położonej we mnie ufności.
— Panie — odparł ponuro Ciarkowski — mniejsza o wszystko; ja chcę być pomszczonym.
Zrazu Kiljan nie zważał na wyraz „pomsta1“ wracający nieustannie na usta Ciarkowskiego; sądził, że hrabia Feliks nie dotrzymał mu jakiego zobowiązania, lub nie dość drogo opłacił milczenie. Teraz jednak człowiek ten okazywał takie lekceważenie nagrody, tak wyraźnie opanowanym był jedną myślą o wy-