Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


widziałem potrzeby pozbywania się tej broni; przeczuwałem, że mi kiedyś potrzebną być może.
— A jaką cenę na te papiery nakładasz? Pojmujesz, że dzisiaj nic ci dać nie jestem w stanie, tylko po wygraniu sprawy, którą natychmiast rozpocznę. Jakiegoż naówczas zażądasz zapewnienia?
— Panie hrabio...
— Daj pokój z tym tytułem Ciarkowski; dzisiaj jestem biednym rzemieślnikiem, i nic więcej.
— Dla mnie słowo pańskie wystarcza — mówił z pewnem wahaniem się kamerdyner, czując dobrze iż inaczej postąpić nie może; — a zresztą — tu spojrzał ponurym wzrokiem dokoła po sprzętach, które przypominały mu córkę — a zresztą na co mi teraz wszystko!
Spuścił głowę na piersi, jak człowiek pokonany losem, a pięści jego ścisnęły się konwulsyjnie niby groźbą, niby przekleństwem. Tak stał chwilę na przeciw Kiljana, potem nagle rozpiął kamizelkę i wydobył zbrudzoną torebkę. Otworzył ją, i drżącemi rękami wyjął dowody urodzenia Kiljana. Rozłożył je na stole i przyglądał im się czas jakiś, jak gdyby nie miał odwagi rozstać się z tem, co stanowiło przez lat tyle potęgę i bogactwo jego.
— Masz pan — wyszeptał teraz stłumionym głosem — masz pan tu oto swoją i moją zemstę.
I z ukosa, jak zwykle, spojrzał krwią zaszłemi oczyma w twarz młodego człowieka. Na czole jego