Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/424

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie chcesz li w polu, abo w leśsie być noclegiem.
Jednoć jeszcze za tymże, co idzie, zegarem
Napiszę: chcesz li długo, wczas poczni być starem.
Ale cóż, nieszczęśliwi ludzie w tym terminie,
Że się im wtedy wcześnie zda, skoro czas minie.



Ciężka boleść, gdy się chce jeść.
Cóż, gdy jedzą, a nie dadzą.


Jest wiele bied na ludzi; ta największa z wiela,
Kiedy w głodzie niemasz co włożyć do gardziela.
Cóż, gdy połyka, widząc jedzącego, śliny!
Jadły matki ze drżeniem serca własne syny;
Okrutnym zwyciężywszy naturę zabojem,
Dwakroć je rodzą: człekiem raz, a drugi gnojem.
Głód do wypróżnionego brzucha jutro wróci;
Drżenia serca żaden czas do śmierci nie skróci.
U starych pogan śmiechu czytałem rzecz godną,
Że z domów Inedyą wyganiali głodną,
Siekąc ściany biczami; jeśli ich usłucha,
Nie wiem; to tylko rzekę: kiedy by tak z brzucha,
Znaleźlibyśmy w Polszcze i kije, i bicze,
Żeby wygnać plugastwo gdzie za pogranicze.
I brzuch by pewnie wolał plagi wytrwać bity,
Ażeby zawsze pełny i zawsze był syty.
Gdziebyśmy głód wygnali, pytasz? Do Kamieńca:
Niechby zajźrał Turkom w lat dwadzieścia do ksieńca;
Nie swoje brzuchy, zdrajcy nas w podeszwy biją,
Prowadząc z prowiantem co rok zacharyą,
Choć daleka przejażdżka do nich z Carogrodu.
Naszy leżą pomarli, jako psi od głodu.