Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cóż tysiąc, abo dziesięć kto tysięcy razy
Gwałci skarb, gwałci jego surowe zakazy,
Lżąc krew testamentową, lżąc świętego Ducha,
Gdzie żadna nie zostaje odpustu otucha,
Znowu krzyżując sobie sam Bożego Syna,
Jakoż ma ujść tak ciężka bez karania wina?
A cóż rzeką ci, którzy poprawę żywot
Odwłóczą, póki staje w kaganku im knota?
Raz tylko ukradł Judasz, i to z wielkim żalem
Wracał nazad pieniądze żydom w Jeruzalem;
Wżdy mu to nie pomogło: szedł, gdzie się obiecał,
Żeby dyabłu w piekielnej męczarni przyświecał.
Pierwszym po dokończeniu starego Zakonu
Judasz do przeklętego wodzem Babilonu;
Pierwszym do Jeruzalem Pan Jezus, Syn Boży.
Kto się kędy obiecał, niech ma do podroży.
Lecz niemal wszyscy wolą za Judaszem snadną,
Niż ostrą za Jezusem, kiedy go tu kradną.



Kto nigdy źle, nigdy dobrze.


Nigdy dobrze, kto wprzód źle do celu nie strzela:
Pierwsza to cnota, że się na pośmiech ośmiela.
Nikt się strzelcem nie rodził; poczekawszy dalej,
Będzie też i on śmiał z tych, co dziś z niego śmiali.
Wprzód, nim się w bezpieczeństwo, nim w koncepty wprawi,
Niejeden kaznodzieja młody z razu kawi;
Za czasem, jeśli zechce w naukach statkować,
Wszyscy go będą chwalić, będą mu dziwować.
Toż widzimy w poetach, bo co z młodu chwalą
I podobało się im, to na starość palą.