Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/416

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na toż drugi raz.


Nie boso, lecz zruciwszy zdeptane baczmagi,
W samych mesztach dla swoich meczetów powagi
Bez broni na znak skruchy Turcy do nich kroczą,
Choć we krwi ludzkiej ręce po łokcie ubroczą.
Opak by przypowieści chrześcijanom zażyć:
Boty obuć na nogi, a serce obnażyć,
Żeby nie było na niem żadnej zmazy zgoła;
Ręce nie wodą tylko, idąc do kościoła,
Ale myć niewinnością: precz gniewy, precz swary!
Kto chce, żeby przyjęte jego były dary.
Inaczej weźm je nazad. O, jakoż ich wiele
Płócze i za kościołem ręce, i w kościele,
Dopiero bić, dopiero przestawszy się swarzyć,
Łajać, swarzyć, przysięgać! Chcą Boga obdarzyć
Temiż rękoma, co je i ukrwawi drugi.
Kwituje ich z ofiary, kwituje z przysługi.



Orla starość.


Ktoby rzekł, że od wschodu słońca do zachodu,
Bujając mężny orzeł, miał umierać z głodu?
Odmładzając starością naruszone pierze,
Nie tylko ptaki, ale łowiąc ryby, zwierze,
Zdycha głodem, skoro hak, co go dotąd żywieł,
Wierzchni przerósł i długim wiekiem się mu skrzywieł.
Choć skrzydłami doleci, pazurem zabije,
Mięsa uskuść nie mogąc, trochę krwie napije.
Mniejszym go ptakom na żer zostawiwszy, leci,
Ani lągnie, bo czymże chował by je, dzieci.
I twój wiek już, tatusiu, niedługi z tym ptakiem:
Jadałeś obiad, jadał i wieczerzą z smakiem;