Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W Boskiej jest błogosławić, w Boskiej mocy skarać,
A tego, co on złączył, szkodaby rozparać.



I myśmy czymsi byli.


Byliśmy też kiedysi, byliśmy tym i my,
Czym nie bez bólu serca inszych dziś widzimy.
Było coś, kiedyś, stara przypowieść powieda.
Na to nic, czego niemasz, choć było, żyd nie da.
Ten, zostawszy sirotą, przypomina dziatki;
Ten, wszytkę substancyą straciwszy, dostatki,
Wioski, pieniądze, srebra; dziś ledwie nie nagi;
Ten starzawszy, jako grzyb, lat młodych odwagi.
Przyznawał to w ostatnim rozhoworze onem
Przed potrzebą Hannibal, mówiąc z Scipionem:
Czymeś ty dziś w Afryce, w ojczyźnie jest mojej,
Tym ja tez był we Włoszech, pod Kannami, w twojej;
I znowu może szczęście wspak obrócić kołem:
Ciebie poniżyć, a mnie wywyższyć z sokołem.
Mógł tak mówić Hannibal, ufając swej sile;
Darmo, komu fortuna zwiąże ręce w tyle,
Kogo lata i wszytkie odbiegą sposoby,
Żadnej nie ma nadzieje prócz samej żałoby.
Mierziona złej, pamiątka rzeczy miłej słodka;
Może ta inszych ludzi, mnie jużeż nie potka,
Bo kiedykolwiek wspomnę wychowane dzieci,
Choćby też co mogło mię pocieszyć, odleci.
Martwieję, nie tylko stąd pociechy nie bierę,
Obaczywszy najmniejszą ręki ich literę.
Trudno duszą wesołość zmyślać, trudno ciałem;
Niemasz gorszego nad to słowa: nie mam, miałem.